Armia nie wybacza

źródło: Gazeta Wyborcza

autorzy: Adam Zadworny, Marcin Górka, data publikacji: 3.03.2008

Proces o tchórzostwo na polu bitwy toczy się bez rozgłosu przed Sądem Garnizonowym w Warszawie

Od trzech dni jeździli po prowincji Diwanija. Byli eskortą ciężarówek rozwożących sprzęt i zaopatrzenie polskim żołnierzom. Jechali autostradą prowadzącą do stolicy prowincji, do polskiej bazy Echo zostało tylko 18 kilometrów. Po prawej stronie zobaczyli trzciny zwiastujące wijącą się nieopodal rzekę. Jeden z nich spojrzał na zegarek - dochodziła 16.40.

Chwilę później potężna eksplozja zamieniła hummera, który jechał przed nimi, w pochodnię, a ich wóz cisnęła na pobocze. Z tego, co się wydarzyło, najbardziej zapamiętali paraliżujący strach.

Żołnierze mówią, że strach to żaden wstyd, bo tylko wariat się nie boi. Jedni pod gradem kul bledną, inni robią się zieloni, jeszcze inni czerwienieją. Dorośli mężczyźni moczą się. Komandosi robią w gacie. Modlą się. Wzywają Boga albo mamę. Płaczą. Na polu walki wszystko można zrozumieć i wybaczyć.

Ale Kamilowi i Marcinowi armia nie wybaczyła.

Co wy wiecie o strachu?

Na peronie czekał szpakowaty major o pogodnym spojrzeniu. Czerwony beret, wojskowy wąs, na koncie misje i prawdziwe strzelaniny.

Wsiadamy do honkera, czyli wojskowej wersji tarpana - takimi autami nasi żołnierze jeździli po Iraku, zanim przesiedli się do amerykańskich hummerów.

- Strach? - zagaja major, jakby chciał uprzedzić nasze pytanie. - Nie pozna go, kto nie stał oko w oko ze śmiercią. Wiecie, czym jest prawdziwy strach? Taki, który paraliżuje tak, że trudno później przypomnieć sobie, co się działo? Strachu nie da się wyszkolić. Po prostu łapie jednych bardziej, a innych mniej. Czasami schodzi z ciebie wiele godzin po akcji, czasami dopiero następnego dnia. Kiedy puszcza, zaczynasz rzygać.

Przy bramie koszar 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim wita nas cywil z prywatnej firmy ochroniarskiej z kałasznikowem na ramieniu. - Przecież szturman nie będzie stał na bramie jak cieć - tłumaczy major, widząc nasze zdziwione miny.

Ta jednostka to elita polskiej armii. Najlepiej wyszkoleni ludzie i najnowszy sprzęt. Dwudziesta Piąta była m.in. w Kosowie, Iraku, Libanie, Syrii, Afganistanie. Teraz szykuje się na misję w Czadzie. Tu nie ma zwykłych żołnierzy, tu są szturmani. Tych, którzy trafiają do brygady, czeka nieludzki trening: ćwiczenia do utraty tchu, desant z helikopterów, poligon w kamieniołomach, walka wręcz. Podczas porannej zaprawy żołnierze, wzorem amerykańskich marines, drą się: "Do kawalerii wstąpić chciałem, długo kochanie moje prosić musiałem!". To tutaj Jacek Bławut i Wojciech Maciejewski kręcili słynny serial "Kawaleria powietrzna" o morderczej drodze, jaką pokonują kandydaci na komandosów. Niektórzy z występujących w filmie później pojechali na misje.

Tylko w ramach operacji "Iracka wolność" do tej pory zginęło sześciu żołnierzy brygady, a 24 zostało rannych. Takich strat nie zanotowała żadna inna jednostka w Polsce. Polegli mają na terenie koszar swoje uliczki.

Idziemy ulicą Piotra Nity. Był w hummerze jadącym przed Marcinem i Kamilem.

Marcin: Przecież tak nas uczyli

- Kiedy byłem mały, podobał mi się wojskowy mundur - ten jeden raz w ciągu całej rozmowy Marcin się uśmiechnął.

Szczupły, łysiejący blondyn nerwowo wyłamujący palce nie wygląda na twardziela, który "sika drutem kolczastym", jak lubią mawiać o sobie amerykańscy marines. Rozmawiamy w jego skromnie urządzonym mieszkanku w bloku w Tomaszowie Mazowieckim. Marcin mieszka tu z żoną i dzieckiem. Rozkłada przed nami wojskowe odznaczenia i nagrody. Wśród nich ozdobny wojskowy dyplom: "Niniejszym potwierdzamy, że plutonowy Marcin K. uczestniczył w 57 akcjach bojowych i nabył prawo do noszenia srebrnej odznaki".

- I co z tego?! - wyrzuca z siebie. - Po tym wszystkim armia pojechała ze mną jak ze śmieciem, jak z kupą gówna!

Opowiada, że jego obaj dziadkowie walczyli z Niemcami podczas II wojny, jeden siedział w obozie. Rodzice całe życie przepracowali w zakładach włókniarskich.

Marcin skończył liceum i dwuletnie studium medyczne. Po szkole dostał bilet do wojska. Miał prawo jazdy, więc zrobili go w jednostce kierowcą. Armia zaproponowała mu, żeby po zakończeniu służby zasadniczej został zawodowcem. Pomyślał, że lubi jeździć, nieźle płacą, a armia to solidna firma.

- No i wytypowali mnie na szkolenie sanitariuszy - wspomina. - Jeździłem w Łodzi w karetce pogotowia. Chodziło o to, abym się napatrzył na krew. Kiedy tworzyli jednostkę medyczną, od razu dostałem propozycję. Dzięki temu awansowałem o dwa stopnie w górę, na plutonowego. Tak zostałem podoficerem.

Zgodził się na udział w misji w Iraku z tych samych powodów co wszyscy: dla pieniędzy na rodzinę i przygody. Pojechał z piątą zmianą i o mało nie dostał kulki. - Wyleźliśmy prosto pod lufę takiemu uzbrojonemu po zęby terroryście - wspomina. - Kolega dostał, jest kaleką. Mnie się udało. Pozostał po tym jakiś strach, ale kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu na kolejną misję, specjalnie się nie zastanawiałem.

 

Misja to długie patrole po irackich bezdrożach, podczas których trzeba mieć oczy z tyłu głowy. Palące słońce i wdzierający się wszędzie piach. Dzień za dniem w bazie. Podłe żarcie i marzenia typu: zjeść schabowego z kością z wielką porcją kapusty zasmażanej.

Kiedy pytamy Marcina o to, co wydarzyło się 7 lutego zeszłego roku 18 km od bazy Echo, spuszcza wzrok. - Przecież uczyli nas, że dobry sanitariusz to żywy sanitariusz, tak? - mówi, wyłamując palce. - No przecież tak nas uczyli.

Kamil: My się przyglądaliśmy

Kamil wyrastał w cieniu ojca gliniarza zamykającego groźnych gangsterów (rozpracowywał m.in. łódzką ośmiornicę).

Wysportowany brunet, żona, dziecko, mieszka w Piotrkowie Trybunalskim. Spotykamy się w knajpie przy kawie. Kamil nie chce za wiele o sobie mówić, ale też pokazuje dyplomy, pochwały przełożonych, no i odznaczenia, także amerykańskie.

Skończył liceum techniczne. Do wojska, tak jak Marcin, trafił z poboru. Dostał bilet do Tomaszowa Mazowieckiego, a tam przydział do plutonu ochrony.

- Kiedy kończyła się służba, tworzono akurat powietrzną jednostkę ewakuacji medycznej i były wolne etaty - mówi. - Miałem bardzo dobre oceny, przyjęli mnie. Cieszyłem się, bo zawsze chciałem pomagać ludziom. Sanitarka, akcja pomocy - to mi się podoba.

On też jeździł w pogotowiu, aby otrzeć się o śmierć i cierpienie. W Krakowie.

Zabierali go też na poligony. - Jako sanitariusze zabezpieczaliśmy ćwiczenia od strony medycznej - opowiada. - Kiedy szturmani ćwiczyli walkę, my się przyglądaliśmy z boku.

Na ósmą zmianę do Iraku pojechał już z doświadczeniem z piątej, podczas której poznał Marcina. - Na piątej zmianie zdarzyło mi się udzielać pomocy rannym w wybuchu, ale tam było już po wszystkim - mówi. - Przyjechaliśmy na miejsce, jak oni już byli w samochodach. Po pracy w pogotowiu nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia.

Kiedy leciał do Iraku drugi raz, wiedział jedno: dobry sanitariusz nie biega pod ogniem między rannymi, jak na amerykańskich filmach.

Opowieść o odwadze: "Wodzu, ja go wyciągnę"

Gabinet w budynku sztabu przy ul. Piotra Nity przypomina muzeum - pełno w nim pamiątek z różnych stron świata i wojennych trofeów: uprząż konna, stara strzelba, fragmenty umundurowania, fajka wodna z Iraku. Wśród tych eksponatów siedzi zwalisty mężczyzna ubrany w polowy mundur. Jego ruchy i wyzywające spojrzenie zdradzają wojownika. To pułkownik Marek Sokołowski, dowódca brygady. Właśnie rozmawia przez telefon o misji w Czadzie: swoich żołnierzy nazywa Indianami. Oni jego, podobnie jak innych dowódców, wodzem. Mówią, że sam nie pamięta, ile misji ma na koncie: od Libanu przez Kosowo do Iraku. Sokołowski ma ostry język. Jego rzecznik prasowy kontrolujący rozmowę z dziennikarzami rzuca mu wymowne spojrzenia, kiedy dowódcy wyrywają się niecenzuralne słowa.

- Nie każdy nadaje się na żołnierza, tak jak nie każdy nadaje się na traktorzystę - zaczyna pułkownik. - Musicie zrozumieć: kiedy w akcji pęka jedno ogniwo, wszystko się pier..., to znaczy sypie się wszystko. Grupa, a tym bardziej armia, nie może sobie na to pozwolić.

Pułkownik nie chce rozwodzić się na temat Marcina i Kamila. Woli rozmawiać o odwadze niż o tchórzostwie. Proponuje nam obejrzenie fragmentu oryginalnego nagrania z akcji w Iraku. Żebyśmy choć liznęli tego, z czym mają tam do czynienia jego szturmani. Zauważamy, że plik nosi nazwę Jatka.

" - Sokół, tu Kowal, u Makara na obiekcie dwóch uzbrojonych gości! Jeden prawdopodobnie z erpekaesem, drugi z kałachem".

Słyszymy wymianę strzałów z broni maszynowej.

" - Mamy rannego! (...)

- Słyszałeś? Jedź i napierdalaj! Jeden od nas jest ranny!

- Co jest z tym naszym?

- Nie wiadomo, cały czas napierdalają!

- Nasz jest nieprzytomny?

- Ze trzy kulki dostał (...). Próbujemy go teraz wyciągnąć, on leży centralnie pod drzwiami, gdzie siedzą ci szuszwole".

Sokołowski patrzy, jakby chciał sprawdzić, czy nagranie zrobiło wrażenie. Po chwili zaczyna opowieść: - Mieliśmy informacje od wywiadu o grupie terrorystów w pewnym budynku pod Hamzą. Naszym zadaniem było ich zatrzymać. Pojechali tam nocą nasi ludzie i żołnierze iraccy. Podeszli cichutko, użyli noktowizorów. Większość terrorystów spała. Ale dwaj strażnicy, którzy byli na dachu, otworzyli ogień. Było na ostro. Nasz żołnierz dostał serię. A my zdjęliśmy jednego z nich. Rozpętała się strzelanina.

Resztę akcji opowiedział nam dowódca grupy szturmowej kapitan Marcin Kowalczyk, stary frontowiec, który właśnie szykuje się na misję w Afganistanie. - Nasz żołnierz leżał ranny pod drzwiami i prosił o pomoc - wspomina. - A oni walą do nas ponad nim. Irakijczycy, którzy byli z nami, krzyczeli, aby się poddali, ale to nic nie dawało. Udało mi się dostać na dziedziniec budynku, chciałem już wrzucić granaty przez okno do środka. Ale ten nasz ranny zawołał, że w środku są kobiety i dzieci. Uratował im życie. Jeden z naszych strzałem zgasił lampę na zewnątrz. Zrobiło się ciemno. Wtedy mój podwładny zdjął z siebie cały sprzęt i kamizelkę kuloodporną i powiedział: "Wodzu, ja go wyciągnę". Podczołgał się tam i wyciągnął chłopaka. To prawdziwa odwaga. Dostał później od-znaczenie od prezydenta. No a inny nasz żołnierz dostał podczas tej akcji drugie życie.

- Jak to?

- Przyjął serię, ale wszystkie kule utkwiły w magazynkach, które miał na sobie. Taki fart.

Tę żołnierską opowieść szturmani nie raz powtarzali sobie przy piwie, kiwając głowami. Ale o Kamilu i Marcinie nie chcą gadać. Zawracanie głowy.

Końcówka nagrania Sokołowskiego:

" - Ale opanowana sytuacja?

- Tak, budynek mamy generalnie zajęty, w jednym pomieszczeniu siedzą szuszwole.

Trzy strzały.

- Sokół, prawdopodobnie szuszwole się poddają.

- Sokół, tu Kowal, wychodzimy. Ten gostek sprawdzony, nie żyje".

Opowieść o strachu: Zamurowało nas

Kapitan Sławomir K., dowódca konwoju, w którym jechali Kamil i Marcin, jest przekonany, że przemówiła do niego śmierć.

Siedział w hummerze, pod którym wybuchła mina. - Było nas pięciu - wspomina. - Gunner na górze, kierowca, ja po jego prawej, za mną Piotr i jeszcze jeden żołnierz. Mieliśmy system zakłócający Warlock [służy do wykrywania i zakłócania zdalnie odpalanych min-pułapek], ale nie zadziałał. Tam, gdzie nas zaatakowali, do tej pory było w miarę spokojnie. Dopiero my zapoczątkowaliśmy w tym miejscu czarną serię - kilkanaście ataków i zabici. Bo to dogodne miejsce dla terrorysty, który spokojnie czeka tam na swoje ofiary. Jest wiadukt, z którego widzi nadjeżdżającą kolumnę - ma czas na włączenie systemów, czyli uzbrojenie ładunku. Do tego po prawej stronie drogi rosły trzciny, które ułatwiają wykonanie zasadzki ogniowej.

Prosimy kapitana, aby dokładnie opowiedział, co się wydarzyło. - Wybuch poszedł w zbiorniki paliwa, kupa dymu, wszystko zaczęło się palić. Poczułem pieczenie w plecach i pisk w prawym uchu, który słyszałem jeszcze długo potem. Bliznę na plecach mam do dziś. Zaczęło nas rzucać, ale kierowca na tyle był opanowany, że wyprowadził hummera. Wtedy zapaliło się paliwo w zbiornikach, pożar był już w całym pojeździe. Piotrek oparł się o mój fotel. Poczułem i usłyszałem jego ostatnie tchnienie. Będę to pamiętał do końca życia, nie da się tego zapomnieć. To śmierć przemówiła.

Kiedy ranny kapitan wyciągał ciało żołnierza z wozu, płonął na nim mundur. - Zacząłem wyciągać Piotra, chwyciłem go wpół, za barki. W końcu udało się. Musiałem to zrobić, choćby po to, żeby rodzina miała kogo pochować. Ale ewakuacją rannych i zabitych z pola walki powinni się zajmować sanitariusze.

Poza dowódcą konwoju rannych zostało jeszcze trzech żołnierzy. Wszystko działo się tak szybko, że nikt nie potrafił ocenić, czy nad głowami świszczą kule wystrzelone przez terrorystów, czy te z wybuchających pojemników z płonącego hummera. Nikt nie potrafił też zlokalizować napastników, tylko jeden z żołnierzy przez moment widział w trzcinach ich sylwetki.

Kamil: - Po wybuchu naszą sanitarkę rzuciło na pobocze, ale kierowca wyprowadził ją, nacisnął gaz i odjechaliśmy jakieś 50 metrów. Kiedy stanęliśmy, za nami widać było tylko dym. Wybuchały kanistry z benzyną i amunicja w tym hummerze. Cały konwój poszedł w rozsypkę, ludzie biegali bez sensu. Kompletny chaos. Bałem się jak cholera. Zamurowało mnie, jakby usztywniło. Nie mogłem się pozbierać.

Marcin: - Jechałem w przedziale sanitarnym, bez okien, kierował Radek, z przodu siedział Kamil. Łubudu i rzuciło samochodem, siła taka, że czułem, jak spycha nas z drogi. Uderzyłem głową o stojak, do którego przyczepione były nosze. Zatrzymaliśmy się. Pytam Kamila, czy to IED [Improvised Explosive Device, czyli mina-pułapka]. Tylko kiwnął mi głową. Słyszę przez radio: "Meldować o stratach. U mnie jeden zab...". Zaraz potem łączność poszła. Kamil zapytał: "Co robimy?!". Ja na to: "Siedzimy. Nie wiem. Siedzimy i czekamy". Mieliśmy beryle, ale co nimi mogliśmy zrobić?

Nie potrafią powiedzieć, jak długo strach trzymał ich w hummerze. Są zgodni co do tego, że dowódca, podbiegając do nich, krzyczał: "Wypierdalać i dawać nosze!".

Kapitan K.: - Nosze, które były w naszym hummerze, już płonęły. Bez nich nie mogliśmy stamtąd się wynieść. Do tego w naszym pojeździe była amunicja, która zaczęła wybuchać, wszystko latało, świstało, zrobiło się naprawdę groźnie, hummer się już bardzo mocno palił. A tu podbiega sierżant T. i mówi mi, że sanitariusze odmawiają wyjścia z sanitarki! Poleciałem tam, waliłem w drzwi, żeby mi otworzyli. Na ich twarzach zobaczyłem tylko przerażenie!

Relacje sanitariuszy oraz ich dowódcy na temat następnych dziesięciu minut na autostradzie całkowicie się od siebie różnią.

Marcin: - Nerwowo odczepiam nosze. "Dawaj, dawaj!", krzyczy kapitan i widzę, że nie czeka, tylko już biegnie. Krzyknąłem tylko do Kamila, żeby mnie ubezpieczał, biegnę z noszami po otwartym terenie i słyszę, jak po drodze odbijają się rykoszety. Modliłem się tylko: "Boże, żeby tylko dobiec". Piotrek już leżał twarzą do ziemi. Wielka rana na plecach. Wszystko na wierzchu: płuca, trzewia, kręgosłup mu wyrwało. "Nic już nie zrobię" - myślę. A słyszę: "Dawać go na nosze!". To mówię: "Kładziemy go tak, jak jest, twarzą do ziemi". Żeby mi się nie złożył w pół. Złapałem nosze, trzech innych ze mną i do sanitarki. Chciałem sprawdzić puls, sam nie wiem po co. Gdy dotknąłem jego szyi, na dłoni pozostał mi płat spalonej skóry.

Kapitan K.: - Oni nie wyszli nawet z pojazdu! To nie on, ale ja sam wyjąłem te nosze, wróciłem z nimi biegiem pod pachą. Chłopaki ułożyli już Piotra twarzą do ziemi. We czterech położyliśmy go na noszach i zanieśliśmy do sanitarki, odjechaliśmy na bezpieczną odległość.

Dwaj żołnierze z konwoju potwierdzają wersję kapitana. Wersji Kamila i Marcina nie potwierdza nikt. Większość szturmanów była zbyt pochłonięta akcją, by pamiętać, czy nosze niósł Marcin, czy dowódca. Nawet trzej żołnierze, którzy trzymali nosze, nie mogą sobie przypomnieć, kto był tym czwartym.

Kilkaset metrów dalej konwój zatrzymał się w oczekiwaniu na amerykańskie śmigłowce, medavac. Z helikoptera wyszedł amerykański paramedyk. "He's dead" - powiedział przez zęby, wskazując na plecy Piotra Nity.

Chłopcy już im nie ufają

Proces o tchórzostwo odbywa się po cichu, bez rozgłosu, przed Sądem Garnizonowym w Warszawie. Żołnierzom grozi nawet dziewięć lat więzienia za "nieudzielenie pomocy i odmowę wykonania rozkazu" w akcji w Iraku.

- Już następnego dnia po ataku na nasz konwój dowódca powiedział: "Sprawy nie idą dla was pomyślnie" - wspomina Marcin. - Miałem to w dupie. Cieszyłem się, że żyję.

Kamil pomyślał wtedy: mam dość. Napisał podanie o wcześniejsze odesłanie z misji do Polski. Po nim zrobił to Marcin i kierowca sanitarki. W Polsce trafili na kilka tygodni do wojskowego centrum urazów psychicznych. - Tam lekarz w wielkiej tajemnicy powiedział mi: "Oskarżą was o tchórzostwo" - wspomina Kamil.

Marcin: - Sprawdziłem wtedy w kodeksie, czy jest taki paragraf. Nie znalazłem.

Śledztwo, na podstawie meldunków kapitana K. i sierżanta T., wszczęła żandarmeria już w Iraku. Nadzorował je oddelegowany na misję prokurator. Kamil: - Przesłuchania zaczęły się po powrocie do jednostki. Żandarmi w kółko mówili: "Nie kłam, mów, kurwa, jak było naprawdę".

Akt oskarżenia przeciwko trójce żołnierzy (zarzuty przedstawiono też kierowcy hummera) sporządził zastępca prokuratora garnizonowego w Łodzi mjr Marek Kryszkiewicz. Zarzucił im odmowę wykonania rozkazu i nieudzielenie pomocy rannym. Mjr Kryszkiewicz nie chce rozmawiać na temat tej sprawy: - Nie jestem do tego upoważniony.

Jego szef, prokurator garnizonowy płk Robert Malanowski, mówi: - To sprawa bez precedensu. Nigdy wcześniej nie spotkałem się ze śledztwem, którego genezą było tchórzostwo na polu walki. A pracuję na tym stanowisku już kilkanaście lat i jestem dłużej prokuratorem, niż polska armia jeździ na misje.

Ale kiedy pytamy o szczegóły śledztwa, prokurator garnizonowy powtarza: - Wchodzimy w materię, o której nie mogę mówić, bo trwa proces.

- Ta cała sprawa to moim zdaniem chęć odegrania się na tych żołnierzach - mówi ich obrońca, warszawski adwokat Michał Zuchmantowicz. - Ich przełożeni, którzy są głównymi świadkami oskarżenia, uznali ich postawę za tchórzostwo na polu walki i kierują się emocjami.

Zdaniem obrońcy żołnierzy zasadzka na autostradzie do Diwanii nie powinna w ogóle zakończyć się zarzutami. - Nie padł przecież rozkaz "zabrać ciało", lecz jedynie niecenzuralne słowa - przekonuje. - Jeśli chodzi o nieudzielenie pomocy, to komu mieliby jej udzielić? Ranni sami założyli sobie opatrunki i nie domagali się tego od tych sanitariuszy. Wątpliwości, których jest dużo w tej sprawie, powinny być rozstrzygane na korzyść oskarżonych.

Troje oskarżonych nie wierzy jednak w uniewinnienie, bo - jak mówią - armia już wydała na nich wyrok. Nawet ich kumple.

Dowódca brygady pułkownik Sokołowski: - Chłopcy ze szwadronu już im nie ufają.

Jeden z oficerów anonimowo zdradził nam: - Nie chcieli z nimi nawet na poligon jechać. Zaręczam wam: jakby byli niewinni, to choćby był prokurator i sąd, grupa by się za nimi wstawiła.

Tak naprawdę chodzi o morale

- W chwili bezpośredniego zagrożenia życia żołnierz działa zgodnie z instynktem "uciekaj" albo "walcz" - tłumaczy mjr dr Angelika Szymańska, psycholog z zaprawionej w bojach w Iraku 12. Brygady Zmechanizowanej ze Szczecina. Z opracowanej przez nią broszury "Stres bojowy" wynika, że niemoc, apatia i odrętwienie to typowe objawy stresu bojowego wymieniane w amerykańskich publikacjach na ten temat.

- Całe szkolenie jest po to, aby żołnierz walczył, a nie uciekał - mówi Szymańska. - Ale szkolenie nie zawsze zadziała. Kto oglądał film "Jarhead", widział, że nawet amerykański żołnierz piechoty morskiej, gdy ginie jego kolega, potrafi po prostu zmoczyć się i stanąć sparaliżowany. To nie tchórzostwo, ale reakcja organizmu nieprzygotowanego na taką sytuację.

Dr Szymańska uważa, że wojsko nie powinno pozbywać się żołnierzy, którzy przeżyli stres, będąc pod ogniem - Są doświadczeni, a to bezcenne, bo tego na poligonie pomimo nawet najbardziej realistycznych ćwiczeń zrobić się nie da - przekonuje. - Ci dwaj "odbudowani" psychicznie w klinice mogą być teraz świetnymi sanitariuszami.

Kapitan K., który wciąż ma w uchu świst, jest innego zdania:- Kiedy giną ludzie, są ranni, nie ma przebacz. Trzeba robić swoje. Wszystko musi działać jak w zegarku. Wojsko to nie tylko podrywanie dziewczyn na mundur. A wojna to nie tylko kasa, dodatek do emerytury, potem fajne zakupy w kraju. Irak, Afganistan dokonują brutalnej eliminacji. Wychodzi cała prawda o człowieku: nadaje się na wojnę czy nie. Już widziałem w Iraku takich, co się porozklejali. Ale po akcji, nie w trakcie! Dlatego pytam chłopaków: "Wiesz, że możesz wrócić w worku, bez ręki, nogi?". Jak ktoś ma tę świadomość, wie, po co tam jedzie. Nie tylko po kasę i przygodę.

Mec. Zuchmantowicz: - Moim zdaniem będzie coraz więcej spraw dotyczących misji takich jak ta czy Nangar Khel. Bo polska armia nie jest przygotowana do nich na wielu polach. Jednym z tych pól jest ratownictwo medyczne.

Jeden z oficerów brygady powiedział nam: - Po co to zawracanie głowy? Tak naprawdę to w tej sprawie armii chodzi tylko o morale. Idą nowe misje.

Podcięli nam skrzydła

Marcin po siedmiu latach w armii i dwóch misjach zajął się wożeniem kur. Z hummera przesiadł się do żuka.

To jedyna praca, jaką znalazł w Tomaszowie. Ale i z niej wyleciał przez ciągłe wyjazdy na proces do Warszawy.

Armia pozbyła się go, nie przedłużając kontraktu bez podania przyczyny. - Mam żonę, dziecko i 500 złotych na ich utrzymanie - mówi.

Kamila czeka podobny los. W styczniu dostał decyzję, że nie przedłuży mu się kontraktu w jednostce. Uzasadnienie: "Z uwagi na potrzeby Sił Zbrojnych". W piśmie ze Sztabu Generalnego nie ma słowa o przeniesieniu w inne miejsce. - Tyle lat nauki na marne - macha ręką zrezygnowany. - Podcięli mi skrzydła.

Co zrobi, jeśli rzeczywiście odejdzie z armii, nie ma pojęcia. Kur, jak Marcin, wozić nie chce.

Marcin napisał do szefa MON, ale ten mu nie odpowiedział. - Wszyscy mnie mają teraz w dupie: minister i armia. Że tchórz.